Są cztery zasady marketingu, tzw. AIDA. A jak przyciągnięcie uwagi, I jak wywołanie zainteresowania, D - wzbudzenie pożądania, A - skł...

Cięcie

3/13/2016 Insane Sanity 0 Komentarze/y



Są cztery zasady marketingu, tzw. AIDA. A jak przyciągnięcie uwagi, I jak wywołanie zainteresowania, D - wzbudzenie pożądania, A - skłonienie do działania. I pod tym względem "Cięcie" ze swoją fantastycznie zrobioną oprawą idealnie wpisuje się w te zasady. Po prostu nie można obok niej przejść obojętnie. Połknęłam haczyk. Tylko, że czy często dodawana jeszcze jedna zasada: S jak satysfakcja z produktu, także została zrealizowana z takim rozmachem?

Nie jestem pewna, czy na starcie przedstawianie głównej bohaterki od jej słabszej strony było dobrym posunięciem. Clara pracuje jako psychopatolog na stanowisku nadkomisarza w wydziale zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej (w praktyce jest o po prostu zwykłą gliną). Jej głównym celem jest eliminowanie seryjnych morderców z berlińskich ulic, lecz jednocześnie prowadzi prywatną krucjatę przeciwko zwyrodnialcom, takim jak morderca jej młodszej siostry. A poczucie winy i żądza zemsty trawią policjantkę od 20 lat, więc co roku w rocznice jej śmierci idzie do spowiedzi, gdzie dzieli się z księdzem chęcią wypatroszenia tego mordercy, a potem łka na modlitewniku. Trochę słabo, jak na główną bohaterkę....

Jednakże, kto powiedział, że w krwawym i brutalnym thrillerze nie można postawić na barwną metaforykę języka? Jestem pod wrażeniem, ile obrzydliwych (i na swój sposób intrygujących) porównań autor zdołał wymyślić:

Rosło w niej coś mrocznego, złego, coś, czego nie potrafiła jeszcze określić ani nazwać, co unosiło się w niej niczym opuchnięte, rozkładające się zwłoki topielca, które w brudnej i cuchnącej wodzie powoli, ale bezustannie wędrują ku powierzchni.

Po względem użytego języka do przedstawiania miejsc zbrodni jak i opisów przeżyć wewnętrznych autorowi należy się solidna piątka. Są intensywne, dosadne i sugestywne. Co nie oznacza, że pozostała część powieści jest tak samo dobra. Zdarzają się zbędne zdania stwierdzające skrajne oczywistości bądź po prostu brzmiące cudacznie:

Sarah była dla Clary niczym młodsza siostra, choć wcale nie była od niej niższa.

No i te"okulary w oprawkach z matowej stali" pojawiające się raz za razem, że można się załamać (ja się załamałam). To zakrawa o traktowanie czytelnika za niedorozwiniętego intelektualnie (choć mogłam użyć mocniejszego wyrażenia). Myślę, że KAŻDY zdołał się domyślić, że gość, który nagle wyskakuje z ukrycia i katuje swoje ofiary jest TYM mordercą. Nie trzeba za każdym razem wspominać o jego okularach.(Ta sama uwaga tyczy się przedstawiania MacDeatha, myślę, że czytelnicy nie maja sklerozy, by im co chwila przypominać, jak naprawdę się facet nazywa).

Książka jest nieco przegadana - np. metafora z pociągiem wyłaniającym się z tunelu jest rozwijana niemal w każdym rozdziale. Ponadto występuje za duża szczegółowość. Czy czytelnicy naprawdę muszą wiedzieć jaką bohater parzy sobie kawę? I te powtórzenia: policjant czyni jakieś spostrzeżenie, a za parę stron to samo powie jakiś inny. A już przegięciem było to:

 - Nie jesteśmy w stanie ustalić dokładnego czasu zgonu - ciągnął von Weinstein, podczas gdy Winterfeld przeglądał poszczególne kartki raportu i czytał tylko niektóre fragmenty. - Jednak na podstawie stopnia mumifikacji marzec bieżącego roku jest całkiem realnym terminem.
Clara spojrzała na wydruki, potem na Winterfelda, który siedział w swoim fotelu, kartował materiały i czytał niektóre fragmenty, słuchając sprawozdania von Weinsteina.

Kompletnie wybijało mnie to z rytmu, musiałam robić sobie kilkudniowe przerwy, żeby ochłonąć i zapomnieć nieco o treści, która i tak była powtarzana w kolejnym rozdziale - udusiłabym odpowiedzialnego za to redaktora!

Autor postanawia robić długie wykłady na temat zbrodni, jakby chciał pochwalić się wszystkimi informacjami zebranymi podczas reserachu. Przez co momentami bardziej przypomina artykuł popularnonaukowy niż thriller. Szczerze wątpię, żeby zawodowi eksperci - np. profilerzy czy koronerzy udzielają pogadanki przy każdej okazji nie stroniąc od teatralnych gestów i mentorskiego tonu..

Sięgnięcie po motyw osobistej gry mordercy z policjantem prowadzącym śledztwo jest dość często spotykany. Tu jednak gra ma jednostronny charakter, policjantka właściwie tylko przygląda się temu, co naszykował dla niej zabójca.
Zaś równolegle z prowadzonym śledztwem toczy się produkcja kontrowersyjnego programu telewizyjno-interaktywnego: zboczonego, seksistowskiego, uprzedmiotawiającego kobiety, a jakże. Coś jak ostrzejsza wersja "Top model". Szkoda tylko, że autor skupił się właściwie jedynie na techniczno-papierkowej stronie produkcji, bo rozciągnięcie tego pomysłu dalej (nie tylko na finał) było ciekawym rozwiązaniem.

Bazowanie na stereotypach - mój ulubiony temat, o którym mogłabym opowiadać cały dzień, co rusz przeklinając nieszczęsnych autorów, którym zdarzyło się pójść na skróty. Tu mamy takie smaczki jak: "zapomniała już o (...) porannej toalecie, która u kobiet mogła trwać naprawdę długo." i "Mężczyźni! Oni chyba nigdy się nie zmienią, pomyślała Clara. Podczas, gdy kobiety wypłakują się w ramię najlepszej przyjaciółki, oni strach starają się przepędzić idiotycznymi dowcipami". Litości.  No i ten stary jak świat trick z chloroformem, którego użycie z osiągnięciem natychmiastowego skutku wymaga dużego stężenia na szmatce (a potem użerania się z półprzytomną ofiarą na haju), ale to nie przeszkadza wpleść go do fabuły, co nie? Nie. Od tego momentu przestałam ufać temu, co autor napisał. Rzetelność jeszcze nikogo nie zabiła.

Śledztwo toczy się tak wolno, że gdyby nie celowe poszlaki rzucane jak okruszki przez samego mordercę, policja tkwiłaby w miejscu i popijała kawkę (nieświadoma kilkunastu porozsiewanych po całym mieście trupów). To morderca gra pierwsze skrzypce i gdyby nie przypadek, nigdy nie zostałby "złapany".

Może i autor chciał pójść na rękę czytelnikom i podawać wszystko w maksymalnie zrozumiały i klarowny sposób. Pewnie dla laika tego gatunku, to dobra pozycja by rozpocząć swoją przygodę  (w tym dla kompletnym laików sieci i komputera), ale dla wyjadaczy chleba to straszne nudy! Oto komentarz do ":)" użytego w ogłoszeniu na stronie internetowej serwisu randkowego:

Typowy emotikon, pomyślała Clara. Znaczek zaczerpnięty z komunikacji w internecie, z listów pisanych na komputerze, który przeszedł już nawet do odręcznego pisma wielu ludzi.

A chyba na tym polega dobry thriller/kryminał, że autor ma przewagę nad czytelnikiem i to on rozdaje karty, decydując, które i kiedy ujawnić fakty. Pozwala to czytelnikowi samemu podjąć próbę dojścia do prawdy i podjęcia gry. Ale w tym konkretnym wypadku ciężko podnieść rękawicy, której nikt nawet nie rzucił!

Przypomina to jakiś zlepek wszystkiego, co znalazło się na temat zbrodni i akurat pasuje do motywu. A uczucie grozy jest jedynie eksponowane przez obrzydliwe opisy scen zbrodni. Nie ma ani walki z czasem, ani równego tempa akcji, ani zwrotów akcji. Jak na thriller jest bardzo dziwny.


Jestem bardzo rozczarowana. Liczyłam na dobry, trzymający w napięciu thriller. Wyszedł z tego mocny średniak. Pod względem realizacji sklecona jako-tako amatorszczyzna z wołającą o pomstę do nieba redakcją! Jak można zmarnować taki potencjał? Świetny temat przewodni - granice prywatności w sieci i poufności danych kontra powszechny ekshibicjonizm w mediach społecznościowych. Do tego połączenie zdolnego hakera z psychopatyczną osobowością, pozwalającą nie tylko nie pozostawiać po sobie śladów, ale i mylić tropy policji... Ech. Należałoby wystawić karniaka.

Cięcie
Veit Etzold
org. Final Cut
Akurat, 2014, 543 stron

Moja ocena:

0 komentarzy: