Mój organizm nie toleruje stylu pisania Sparksa, więc mógłby ktoś spytać, po jakie licho mimo to truje się jego twórczością? Cóż, chyb...

Ostatnia piosenka

7/04/2016 Insane Sanity 0 Komentarze/y

Ostatnia piosenka - Nicholas Sparks - recenzja pewnalekturka


Mój organizm nie toleruje stylu pisania Sparksa, więc mógłby ktoś spytać, po jakie licho mimo to truje się jego twórczością? Cóż, chyba w głębi duszy jestem optymistką (albo masochistką), bo wierzę, że każdy autor zasługuje na drugą szansę. Znowu na długo przed przeczytaniem książki zaznajomiłam się z jej ekranizacją (i to nawet parę razy, bo telewizja jest bezlitosna jeśli idzie o powtórki), zatem przystępując do lektury miałam już w głowie pewien obraz fabuły, a przed oczami naburmuszoną Miley Cyrus w roli Ronnie. Mówi się trudno.

Mała uwaga dla osób, które zaczynają czytać po obejrzeniu ekranizacji - lepiej porzucić filmową perspektywę, bo wiele wydarzeń odbiega od scenariusza, a konstrukcja fabuły jest czasami odmienna. Jak na przykład pierwszy rozdział. Nie mogłam się połapać, w jakim momencie na linii czasowej był zakotwiczony. Wydawało mi się, że został doczepiony na siłę, żeby uzyskać efekt klamry łączącej początek i koniec powieści. Jak dla mnie jest to zbędne.

Autor nie sili się na oryginalność konstrukcji bohaterów i posługuje się typowymi szablonami:
- naburmuszona nastolatka w fazie spóźnionego buntu dojrzewania (hola! 18-tka za pasem, a ona wciąż się dąsa!);
- naiwny, patykowaty młodszy braciszek, koniecznie w okularkach, koniecznie zinfantylizowany, żeby wymusić u pozostałych członków rodziny współczucie/litość;
- ojciec, który odsuwa się od rodziny, a potem (niespodzianka!) tego żałuje (moim zdaniem  motywacja ojca do pojednania rodziny jest egoistyczna, zaś nagłe przebudzenie religijne i szukanie Boga wywołało u mnie alergie, bo wiadomo, jak trwoga to do Boga);
- matka, która musi użerać się z wyżej wymienionymi, choć sama ma trochę za pazurkami;
- zła-przyjaciółka, która obraca się w złym towarzystwie i wciąga w nie naburmuszoną nastolatkę, przez co dzieje się wiele złych rzeczy, ale i tak wszystko kończy się dobrze (jakżeby inaczej);
- no i chłopak z dobrego domu, cud-miód-i-orzeszki, który (kolejna niespodzianka!) zakochuje się w naburmuszonej nastolatce.

Odnoszę wrażenie, że już na starcie portrety bohaterów są skończone - w ciągu powieści postaci nie rozwijają się, to po prostu autor próbuje wywrzeć takie wrażenie poprzez "odkrywanie kart". To tak jakby autor spisał portret, a potem przekalkowywał go fragmentami do powieści. Naburmuszona nastolatka okazuje się, że tak naprawdę pełna współczucia? Była taka od początku, tylko autor nie dał jej wcześniej tego pokazać! (Swoja drogą strasznie nie podoba mi się fakt, że dzielę z główną bohaterką opinie, co do picia alkoholu. To tak, jakby ktoś zabrał mi amunicje i z niej strzelał. Chyba się z tego powodu naburmuszę).

Dialogi są lepiej skonstruowane i bardziej "klejące się" niż w "Pamiętniku", ale i tak niepozbawione trywializmów typu:"Myślałem, że jesteś inna...". I co to w ogóle za słowo "cedeki"? Tłumacza (?) poniosła wyobraźnia, jeśli myślał, że to określenie żywo funkcjonuje w języku potocznym. (* "cedeki" - płyty CD). Momenty, które jak zakładam, miały być zabawne - nie są wcale śmieszne. Dam przykład tego "boki zrywać" humoru, żeby nie być gołosłowna:

- Mama mówi, że to wszystko przez napięcie przedmiesiączkowe.
Stave niemal zakrztusił się ze śmiechu, ale szybko odzyskał panowanie nad sobą.
- A wiesz w ogóle, co to znaczy?
Jonah poprawił okulary na nosie.
- Nie jestem już dzieckiem. To znaczy, że ma syndrom niechęci do facetów.
Niezmiennym problemem autora jest także irytująca drobiazgowość - każdy ruch bohaterów jest zanotowany: nalał wodę? podał szklankę? czemu by o tym nie napisać, przecież to szalenie istotny szczegół dla dalszej fabuły!

Nie podoba mi się również to, że autor wszystko wykłada na ladę - jakby chciał mieć pewność, że nawet najbardziej nierozgarnięci czytelnicy (czy też czytelniczki) będą wiedzieli, co mają myśleć o przedstawianej historii. A gdzie miejsce na własną refleksje, na ukryte przekazy, do których odkrycia czytelnicy powinni dojrzeć? Podczas czytania dusiłam się tymi wszystkimi bezpośrednimi wskazówkami i cytowaniem przemyśleń bohaterów, dzięki czemu mogłam dowiedzieć się, że według Willa Ronnie wcale nie jest naburmuszoną nastolatką tylko "indywidualistką o wolnomyślicielskich przekonaniach, uparcie niezależną osobą". W tym wszystkim udało mi się jednak wyłapać jedno całkiem trafne spostrzeżenie:

Przez długi czas odchodziła od jednego do drugiego, ale nie dlatego, że była próżna czy niestała. Kiedy zapytał ją, dlaczego nie może się ustatkować, odpowiedziała wprost: "Są faceci, którzy dorastają z myślą, że kiedyś w przyszłości założą rodzinę i tacy, którzy są gotowi do małżeństwa, gdy tylko poznają właściwą dziewczynę. [...] Chcę powiedzieć, że jeśli związek nie przetrwa długo, to po co, u licha, w ogóle tracić na niego czas i energie."
Co do samej fabuły - nie oszukujmy się, miała i musi być ckliwa, koniecznie z tragicznym zakończeniem i ostatecznie ulgą przebaczenia. Ukrywanie śmiertelnej choroby przed dziećmi? Czemu nie? Ale zanim zejdzie się z tego świata to przecież trzeba się trochę swoją dziatwą ponapawać, więc zaprośmy je do siebie na wakacje. Przez ten cały czas kaszlmy krwią, czytajmy Biblię i przemykajmy oko na absurdalne zachowanie córki, bo to na pewno zapewni miejsce w pierwszej klasie w samolocie do Nieba. Nie polubiłam się ze Steve'em.
Zaś jeśli chodzi o historie miłości Ronnie i Willa to zwykły młodzieńczy romans. Co prawda wciąż nie rozumiem, co pociągającego Will widział w tych aroganckich odzywkach Ronnie, ale widocznie miłość nie wybiera...

Wniosek po lekturze jest taki, że jestem zbyt zgorzkniała na romanse. :) W szczególności takie, których styl narracji pozostawia wiele do życzenia. Gdyby nie przydługie wywody z życia wewnętrznego bohaterów napisałabym, że jest to lekka i bezrefleksyjna lektura. Ale taka nie jest, są miejsca, które trudno przebrnąć m.in. ze względu na użyty język nieudolnie przetkany "slangiem młodzieżowym" i tępym humorem. W sumie nie jestem nawet rozczarowana, bo nie spodziewałam się pisarskiego arcydzieła. Jedynie upewniłam się, żeby po więcej książek pióra Sparksa raczej już nie sięgać.

Ostatnia piosenka
Nicholas Sparks
org. The Last Song
Albatros, 2016, 444 stron

Moja ocena:

0 komentarzy: