Powiedzmy sobie szczerze, czytanie książek o perypetiach młodzieży szkolnej w pewnym wieku zaczyna być niezręczne. I chociaż można się up...

Konkurs

4/01/2017 Insane Sanity 0 Komentarze/y

Konkurs - recenzja pewnalekturka

Powiedzmy sobie szczerze, czytanie książek o perypetiach młodzieży szkolnej w pewnym wieku zaczyna być niezręczne. I chociaż można się upierać, że przecież pozostaje się młodym duchem i nie czuje się wcale dojrzalszy emocjonalnie niż przeciętny nastolatek, to nie da się ukryć, że to już nie jest to, co było kiedyś. Jak ma się do tego powieść - co by nie mówić, młodzieżowa - "Konkurs"?


Jest coś fajnego w minimalistycznych okładkach. Wydawnictwa mogą się prześcigać w wymyślnych fontach tytułów, w kompilacjach zdjęć stockowych, ale gdy taka skromna książka stanie obok masy wybujałych graficznie okładek, to czyż nie zwróci się na siebie większej uwagi? Po prostu ma tę moc.

Jak już wcześniej wspomniałam - trochę wyrosłam z obyczajowych książek młodzieżowych (należy podkreślić słowo - obyczajowych - gdyż wszystkie inne gatunki młodzieżówek - czytaj fantasy - wciąż uwielbiam). Właściwie nie są w stanie już niczym mnie zaskoczyć. Zwykle jest powielany ten sam dobrze znany szablon: "zwyczajny" bohater zostaje wciągnięty przez dziwne towarzystwo w dziki świat młodzieńczych uciech. Plus trójkąt miłosny, jakże by inaczej.

"Konkurs" od pierwszych stron zaciekawił mnie sympatycznym stylem narracji. Co prawda narratorka nie stroni od typowych dla tego wieku utyskiwań na temat swojej niepewności, nieodwzajemnionego uczucia itp. Ale nieco cierpki humor i autoironia są zaprezentowane w niezłym wydaniu.

Gdybym mogła nie zobaczyć już ani jednej całującej się pary, głowę daję, że poziom mojego zadowolenia z życia wzrósłby o jakieś dwa procent.
Książka jest nieco inne niż pozostałe młodzieżówki. No dobrze, tak, pojawia się trójkąt miłosny. Wygląda na to, że to jakiś nieodłączny element, bez którego cały literacki świat młodzieżówek by się zawalił. Ale poza tym Willowdean wcale nie pragnie stać się najpopularniejszą dziewczyną w szkole, ani nie stara się na siłę dostosować się do innych, nie czuje pędu by imponować rówieśnikom głupimi wyskokami, ani powiększać sobie ego dręczeniem innym. W zasadzie jest zwyczajną dziewczyną, ma jedną przyjaciółkę, dorywczą pracę i uważa, że jej życie jest całkiem znośnie. Żeby jednak nie było zbyt łatwo: jej przyjaciółka zaczyna się od niej oddalać, Will wciąż tęskni za swoją ciocią, a matka (laureatka lokalnego konkursu piękności) nie może pogodzić się ze zbyt pulchnym wyglądem córki. Może wydaje się to absurdalne, ale w zasadzie największym powodem zmartwień dziewczyny jest to, że ugania się za nią dwóch porządnych chłopaków, przy czym do jednego nie czuje nic głębszego, choć sama czuje się przy nim swobodnie, a do drugiego wzdycha, choć czuje się przy nim niepewna.

Mój umysł działa przeciwko mnie. Cały czas myślę o moich wadach. O moim ciele, które wygląda jak odbicie w krzywym zwierciadle. (...) Zawsze czułam czułam się dobrze w swojej skórze. Ba, nawet byłam z niej dumna!
A potem się przydarzył Bo. Od pierwszego razu w jego ciężarówce zaczęłam się rozpadać. Doznanie jego skóry na mojej wydobyło na powierzchnie kompleksy, o których istnieniu nawet nie wiedziałam.
Ten cytat jest łudząco podobny do toku myślenia Rae z "My mad fat diary" (serialu telewizyjnego kanału E4, który miałam przyjemność tłumaczyć - amatorsko - na polski, pozdrawiam fanów!). Pamiętam, że był moment, gdy Rae opowiadała, że wstydzi się za Finna, bo czuła, że do niego nie pasuje i że inni też to dostrzegają.  Ale tak naprawdę, czy to nie problem każdej pary, w której jedna z osób ma niskie poczucie wartości i zawsze będzie widziała siebie przez pryzmat własnych niedoskonałości?

Morał z historii jest taki, że dopóki w życiu dziewczyny nie pojawi się chłopak, jest znośnie, a z chwilą gdy się pojawia to nagle wszystko szlag trafia, a dziewczyna traci poczucie pewności siebie i musi je za wszelką cenę odnaleźć. Dlatego decyduje się na najbardziej desperacki i odważny krok, jaki tylko może - zgłasza się do konkursu piękności. A gdy waży się ponad normę, posiada się matkę eks-zwyciężczynie konkursu, przeciwko sobie ma super-hiper-piękności, a pod swoimi skrzydłami wpatrzone jak w obrazek grono dziwaczek - to nie jest lekko.

Najkrócej rzecz ujmując książka jest o akceptacji samego siebie, o szukaniu przyjaciół, którzy będą stać za sobą murem, a także o odwadze do przekraczania granic wyznaczanych przez własne lęki.

Chyba trzeba być, kim się chce, aż człowiek poczuje, że się taki stał. Czasem połową sukcesu jest udawanie, że się da radę.
To, co najbardziej z tej książki wyłuskałam, to pragnienie spotkania cioci Lucy - kobiety, której ciepło, mądrość i dobroć promieniuje na każdą osobę, która znajdzie się w promieniu kilometra.

Lucy mawiała, że najlepsi przyjaciele nie mają ze sobą nic wspólnego i jednocześnie łączy ich wszystko. "Jesteście dwiema wersjami tej samej opowieści", mawiała.

Jest to książka, która zasługuje na uwagę i szczerze poleciłabym ją każdej nastolatce, która z jakiegoś powodu nie czuje się dobrze w swojej skórze. Potrafi być inspirująca i potrzebna do uświadomienia sobie, że najważniejsza nie jest opinia innych, ale własne, wewnętrzne poczucie wartości. Obawiam się jednak, że dla pozostałych czytelników, jest to jedna z tych pozycji, która szybko znika z pamięci. Choć pod każdym względem poprawna i sympatyczna, to jednak nie jest to "petarda", która wywraca świat do góry nogami.

Konkurs
Julie Murphy
org. Dumplin'
Amber, 2015, 303 stron

Moja ocena:

0 komentarzy: