Zamysł był, by połączyć trzy (miłosne) historie, każde napisane przez innego autora. Pomysł znany i często stosowany (głównie w filma...

W śnieżną noc. Świąteczne opowiadania o miłości

1/05/2016 Insane Sanity 0 Komentarze/y



Zamysł był, by połączyć trzy (miłosne) historie, każde napisane przez innego autora. Pomysł znany i często stosowany (głównie w filmach). Romanse raczej nie są “moją” tematyką i trochę się sama wkopałam, bo jak wół jest w podtytule, że od młodzieżowych miłostek to się czytelnik nie odpędzi. No, ale poczytni autorzy i śnieg w tytule (którego dopatrzeć się nie można tej zimy) skutecznie mnie do siebie przekonali.

To co łączy wszystkie opowiadania jest jedno zasypane miasteczko (w którym niektórzy znaleźli się przez przypadek), nastoletni bohaterowie, których rodzice lub ex-chłopak z różnych powodów (naprawdę różnych) nie mogą dotrzeć do domu na święta, pierwszoosobowa narracja, no i powtórzę się - miłość. (Uczciwie ostrzegam - miłość występuje w tej książce równie często, co w piosence Beatelsów "All you need is love").
Ponieważ każda z części napisana przez innego autora, ma własna specyfikę, zrecenzowałam je osobno.


Podróż wigilijna
Maureen Johnson
Przepełniona fajnych humorem narracja od razu zjednuje sobie czytelnika (a przynajmniej mnie, nie wiem, jak z resztą ludzi). Raczej nieskomplikowana fabuła, parę nieprawdopodobnie absurdalnych zwrotów akcji no i oczywiście zawirowania miłosne w tle (a właściwie na samym wierzchu). W sumie nie takie złe, całkiem przyjemnie i lekko napisane, chociaż mam parę uwag. (No dobra, kilka).
Od razu wyłapałam słowo klucz: “postapokaliptyczny świat” (coś jak “fantasmagoryczny” u Zafóna - zdezorientowanych odsyłam do moich minirecenzji serii młodzieżowej Zafóna na Instagramie z zeszłego roku) oraz dziwną przypadłość bohaterki do oceniania szerokości ramion chłopaków (nie wiem, czy ma linijkę w oczach i robi to z automatu, czy to jakieś zboczenie). A właściwie to o bohaterce można sporo napisać - począwszy od dziwacznego imienia (rodzice potrafią skrzywdzić), po talent w pleceniu głupstw.
W tracie tych 100 stron pojawia się tyle bohaterów płci męskiej, że nie w sposób nie zorientować się, co się święci. Niby “czy faceci naprawdę wierzą, że jeśli są jedynymi osobnikami płci męskiej w okolicy, to wszystkie dziewczyny nagle się na nich rzucą?” (str. 58) działa w obie strony, to i tak chemię czuć równie intensywnie jak z zakładów Domestosa. No i fakt, że chłopak Lee (swoją drogą, nie mam pojęcia na jakiej zasadzie powstało to zdrobnienie imienia) jest “panem perfekcyjnym” centralnie naprowadza na wszystkim dobrze znane tory miłosnych perypetii.
No i poza tym:
A. Czemu, ach czemu autorzy książek podążają tą niecną drogą utrwalania stereotypów? Nie wystarczy, że jesteśmy obrzucani krzywdzącymi uwagami w mediach, to nawet gdy otworzymy książkę to buch! prosto w twarz uderzani jesteśmy kolejnymi uprzedzeniami! (Odsyłam do rozmowy ze strony 59)
B. Czy to nie dziwne, że bardziej polubiłam Stuarta niż prowadzącą narracje główną bohaterkę? Jakoś bardziej rzeczowo-sympatyczny się wydaje.
C. Ostatnia część Harry’ego Pottera nie jest najgrubszą, więc kawałek ciasta tego rozmiaru wcale nie jest aż tak przerażający. (str. 83-84)
D. Co ludzie z tą dyskryminacją osobników bez poczucia humoru? Czemu o tym się nie mówi! Wygląda na to, że nawet w książkach “zabawni inaczej” nie mogą liczyć na szczęśliwie zakończenie. (Innymi słowy, smutasy koty w garść i szykujcie się na życie “forever alone”).
E. Uszczypliwości, słowne przepychanki i kłótnie z gatunku “ona strzeli focha, on skrytykuje, a potem zamiana ról” raczej dobrze nie wróżą jakiejkolwiek relacji, w szczególności już na początku znajomości. Takie jest moje zdanie.

Bożonarodzeniowy cud pomponowy
John Green
Jak w większości książek Greena tu również mamy mieszankę kulturową bohaterów (może to przejaw poprawności politycznej, ale w wykonaniu autora wychodzi to całkiem naturalnie). Co jeszcze charakterystyczne dla tego autora to zabawne dialogi, nie aż tak, żebym śmiała się na głos (znaczy zdarzyło się parę razy), ale są na dobrym poziomie, takim nieżenującym (chociaż to nie znaczy, że przedmiotem żartów nie są żenujące tematy, jak intymne części ciała, stereotypy i różnice kulturowe). Przykład żartu:
Nie bierz tego do siebie - odezwał się JP - ale Billy Talos jest trochę oleisty. Mam wrażenie, że gdyby raz na dwa dni wykręcać mu włosy, Ameryka uniezależniłaby się od dostaw oleju z zagranicy.
Jak mówi sam tytuł opowiadania, głównym tematem są właścicielki pomponów - dla pocieszenia dodam, że same występują w nim ułamkowo, a są jedynie pretekstem do rozwoju fabuły. Poza tym myślę, że polska edukacja wiele traci na tym, że nie ma w każdej szkole cheerleaderek - to znacznie ułatwiłoby polskich nastoletnim chłopcom życie, wiedzieliby, które dziewczyny są “hot”. Bo wygląda na to, że istota cheerleadingu polega na tym, by każdy z choć niewielką przewagą testosteronu nad innymi poziomami hormonów, szalał za pomponiarami jak Reksio za szynką. Czy coś w tym stylu.
Co do samych bohaterów - całkiem sympatyczni. Kurczę, Tobin w jednym względzie mi przypomina siebie - strategia “co takiego może stać się w najgorszym wypadku?”, by uchronić się przed najczarniejszym scenariuszem z możliwych brzmi tak znajomo. Serio, nie pije nawet czarnej herbaty, bo zawiera kofeinę, która jak wiadomo, jest uzależniająca, a jeden nałóg prowadzi do drugiego, aż pewnego dnia skończę jako leżąca w rowie alkoholiczka, która spaliła własny dom, bo w pijackim amoku zapomniała zgasić papierosa… Ale odbiegam od tematu.
Nie rozumiem tylko, czemu nikt nie wierzy w przyjaźń damsko-męską? Czy jak dziewczyna i chłopak się przyjaźnią, to znaczy, że prędzej czy później się spikną? Może to jakaś nadzieja dla tych, którzy utknęli w “friendzonie”, ale z drugiej strony mam wrażenie, że takie cuda to tylko w książkach.

Święta patronka świnek
Lauren Myracle
Ostatnie opowiadanie jest zdecydowanie najsłabsze (nie wiem, gdzie na skali Słabometru się znajduje, ale na pewno w jakimś niezbyt zaszczytnym miejscu). 
Narracja jest prowadzona przez naburmuszoną nastolatkę, która och, rety! to ci niespodzianka! przeżywa rozstanie - czyli to takie ględzenie,  które mało kto zniesie w prawdziwym życiu, a co dopiero w książce. Zabijcie mnie, ale nie potrafię wskrzesić w sobie choć odrobiny empatii (albo chociaż sympatii) do głównej bohaterki. Jest ucieleśnieniem wszystkich najgorszych cech typowej współczesnej nastolatki. Udusiłabym!
Więc podsumujmy: bohaterzy są nie tacy, poziom dialogów i humor też jakiś niewyraźny. Brakuje także błyskotliwości i żywotności akcji. W sumie nawet nie wiem, o czym to jest - zaczęło się i skończyło, pojawiało się kilka dziwnych, luźno powiązanych wątków, które dla fabuły nie były niczym innym jak gmatwaniem. 
Szczerze mówiąc podczas czytania miałam nadzieję, że ta historia nie będzie miała szczęśliwego zakończenia albo chociaż takie, że dziewucha da spokój temu nieszczęsnemu chłopakowi.  (Na marginesie dodam, że gdyby Addie trochę urobiła Charliego to by do siebie pasowali - co byłoby znacznie ciekawszym zakończeniem tej historii).
W finale, kiedy kumulują się wszyscy bohaterowie (oprócz cheerleaderek) panuje okropna kakofonia. Do tego odnoszę wrażenie, że autorka “zamordowała” bohaterów pozostałych opowiadań: ta iskra ich osobowości wypaliła się pod jej piórem. 

Jest to książka, która nadaje się na mroźne, bezśnieżne zimowe noce, gdy opatuleni w kilka koców, trzy pary skarpetek, termofor z żywego kota i zaopatrzeni w kubek gorącego  napoju, jesteśmy paleni nagłą potrzebą przeczytania czegoś niezobowiązującego i zabawnego. Czyta się przyjemnie i bardzo szybko (za szybko?). Lektura raczej nie skłania do głębszych refleksji (co można spostrzec po moich uwagach). Ot, taka lekka komedia romantyczna dla młodzieży w wydaniu książkowym. 
Okazała się lepsza niż oczekiwałam. Może i każde opowiadanie reprezentuje inny poziom “fajności” to samą konstrukcję i rozwój fabuły (mimo że z do bólu przewidywalnym zakończeniem) oceniam pozytywnie.
Czy potrójna dawka nastoletniej miłości w takiej postaci choć trochę rozczuliła moje stwardniałe serce, którym nie powstydziłby się Grinch? No pewnie, że nie! :)


W śnieżną noc. Świąteczne opowiadania o miłości
Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
org. Let it snow. Three holiday romances
Bukowy Las, 2014, 335 stron
Moja ocena:

0 komentarzy: