Chciałoby się powiedzieć: "Wszyscy mają Mroza, mam i ja!", ale przecież powinnam sprawiać wrażenie, że nie jestem dziecinna....

Kasacja

4/29/2016 Insane Sanity 0 Komentarze/y



Chciałoby się powiedzieć: "Wszyscy mają Mroza, mam i ja!", ale przecież powinnam sprawiać wrażenie, że nie jestem dziecinna. Książka siedziała na mojej półce od jakiś dwóch miesięcy (co jest absolutnie niewybaczalne!), ale szczerze mówiąc, bałam się trochę, że nie okaże się tak fantastyczna jak to wszyscy chwalą wszędzie i o każdej porze. A ja ostatnio jestem w ogóle w jakimś wyjątkowo krytycznym szale puryzmu literackiego, objawiającego się czepianiem wszystkiego (albo to mnie czepiają się wyjątkowo nieudane książki, trudno ocenić).

Zacznę od tego, że thriller prawniczy to dla mnie nowy gatunek - zwykle zaczytywałam się kryminałach policyjnych/detektywistycznych i książkach popularnonaukowych o tematyce kryminalistycznej. Na szczęście okazało się, że thriller prawniczy nie jest od nich tak bardzo oddalony.

Może i pokruszyło się trochę sucharków typu: "Był winny jak ocet.", ale warstwa językowa książki jest całkiem przystępna. Mocno bazuje na języku potocznym (czasami zahaczając o wulgaryzmy, ale wiadomo, świat prawników jest niemal tak, jeśli nie bardziej, bezlitosny jak świat ulicy)  z licznymi wyjątkami na prawniczy żargon. Chociaż, muszę przyznać, do tej pory nie orientuje się, co niektóre zwroty miały oznaczać.

Dialogi są dobrze skonstruowane - zachowany został naturalny ton konwersacji, dość szybkie tempo i przyjemne docinki bohaterów. Na mój gust momentami za drobiazgowa narracja - informacja np. jakim tramwajem przemieszczał się bohater, nie wpływa w nawet najmniejszym stopniu na rozwój fabuły, więc równie dobrze mogłoby jej zabraknąć, a nikt by po niej nie płakał.

A co do bohaterów. Nie wiem, czy trzeba ich przedstawiać - mam wrażenie, że wszyscy już ich znają.
Kordian Oryński, nazywany również Zodronem, jak z imienia można się domyślić, jest wręcz stereotypowym przykładem absolwenta prawa. Serio, taki zadufany w sobie zarozumialec, słowem - takiego, co chce się spiorunować wzrokiem albo trzepnąć w łeb... (Nie wykluczam, że jestem uprzedzona do absolwentów prawa). Ale na szczęścia trafia kosa na kamień - aplikant zostaje przydzielony pod skrzydła adwokatki, która ustawia go do pionu - mec. Joanny "nie Asianny czy Aśkany" Chyłki. Jej ciętemu językowi, bezpośredniemu sposobowi bycia i zamiłowania do szybkiej jazdy nie sposób się oprzeć. (Chociaż łatwo mówić spoglądając na nią z bezpiecznej odległości, ale szczerze wątpię, by ktokolwiek chciałby spotkać ją na żywo - podejrzewam, ze przemarsz wojsk sowieckich  spowodowałby mniejsze spustoszenia). Jedyną rysą na jej niemal nieskazitelnie skonstruowanej postaci jest zamiłowanie do"króla TVN" (chwyt poniżej pasa!).

A żeby sprawiedliwości stało się zadość - to muszę się do czegoś przeczepić.  Nie czarujmy się, prawo i postępowanie sądowe są równie ekscytujące co typowe posiedzenie Sejmu (takie z garstką chrapiących posłów i jakimś no-name'm na mównicy). W szczególności, że nie żyjemy w dynamicznym anglosaskim systemie case'owym, tylko w siermiężnym, zakutym w kajdany kodeksów. Wydaje się, że to raczej kiepska baza na (jakikolwiek) thriller. Mimo to autor próbuje zainteresować tą tematyką czytelnika, ale z różnym skutkiem (odpytki Zordona z kodeksów raczej do tego nie należą). Bardziej emocjonujące są wydarzenia poza salą sądową, gdy dwójka prawników prowadzi własne mini-śledztwo.

A ten końcowy zwrot akcji o 180 stopni! - może dałabym się złapać w sidła, gdyby nie to, że absolutnie NIC nie wskazywało na taki obrót sprawy. Z tego, co pamiętam nie było żadnych dwuznaczności, które mógłby je zapowiedzieć! Nie lubię takich niesprawiedliwych zagrywek i ogólnie jestem oburzona. Autor nie wszystkie wątki doprowadził do rozwiązania, pozostawił parę kwestii niewyjaśnionych np. czemu w kancelarii pracuje tyle Jacków? Czy Kordian zje coś innego oprócz ryb i wodorostów? I ile Chyłka i Oryński wytrzymają bez palenia? (SPOILER! Na ostatnie pytanie znajdziemy odpowiedź w kolejnym tomie).

W książce jest kilka rzeczy, które ubodły w moje poczucie literackiej estetyki (czy jak to można inaczej nazwać), ale nie aż tak, żebym miała ochotę spalić książkę na stosie. Właściwie to całkiem wciągająca lektura, po której można mieć mały niedosyt, że skończyła się tak szybko (pff! niecałe 500 stron). Polecam powieść tym, którzy nie obawiają się zadziobania przez chmarę prawniczych kruczków.

Kasacja
Remigiusz Mróz
org. Kasacja
Czwarta strona, 2015, 492 stron

Moja ocena:

0 komentarzy: