Zacznę od tego, że byłam naprawdę podekscytowana faktem, że zostanie wydana kolejna powieść Elsberga. "Black out" to fenomena...

Zero

9/22/2016 Insane Sanity 0 Komentarze/y


Zacznę od tego, że byłam naprawdę podekscytowana faktem, że zostanie wydana kolejna powieść Elsberga. "Black out" to fenomenalny thriller (naukowy) i mogę go z szczerze polecić każdemu, więc nikogo nie zdziwi to, że bez mrugnięcia okiem zdobyłam też i "Zero".

Technologią, która namieszała w tej historii są aplikacje ActApps, programy dostosowane indywidualnie dla każdego użytkownika opracowane do różnych stref życia: odżywianie, sport, nauka, kariera zawodowa czy nawet życie miłosne.

To coś w rodzaju coacha lub korepetytora czy mądrego przyjaciela.

Z tym wyjątkiem, że aplikacje są dużo bardziej uzależniające i przekonujące niż jakikolwiek "żywy" autorytet. A gdy aplikacje doradzają nam w każdej strefie życia zaczyna się problem. Bo jeśli zaświtało wam gdzieś w umyśle, że to robi z człowieka zombie, to bardzo się nie pomylicie. Niby oszczędność czasu, skoro aplikacja przejmuje za człowieka odpowiedzialność za drobne sprawy, jednak to prowadzi stopniowo do zależności od aplikacji i bezradności w obliczu podjęcia samodzielnej decyzji.

Ale czy autor trochę nie wybiega naprzód? Aplikacja, która steruje zachowaniem? Algorytmy, które podejmują decyzje za użytkownika? Jak bardzo to jest nierealne? Przecież polegamy na GPS i skręcamy tam, gdy radzi. Polegamy na aplikacjach podczas ćwiczeń fizycznych i pijemy wodę, gdy nam radzą. Polegamy na aplikacjach zakupowych i wybieramy się na wyprzedaż do konkurencji. Chyba jednak to nie aż tak nierealne, jakby się zdawało.

W naszym nowym świecie możliwości oraz szanse podporządkowuje się prawdopodobieństwu. Dzisiaj w większym stopniu niż kiedykolwiek twoja przyszłość zależy od twojej przeszłości, ponieważ twoja przyszłość zostaje wyliczona z twojej przeszłości.

Ale to tylko jeden problem - takie aplikacje działają na podstawie obliczeń ogromnej bazy danych, tak by wyliczyć najbardziej skuteczny scenariusz i zasugerować go użytkownikowi. A te ogromne bazy danych nie biorą się znikąd.

Kilka lat temu, gdy czytałam jedną z powieść J. Daevera ("Rozbite okno"), w którym główni bohaterowie byli dogłębnie prześwietlani przez dostawcę danych osobowych, wydawało to mi się zbytnią science-fiction. Bo przecież aż tylu danych i aż tak szczegółowych o człowieku (o WSZYSTKICH ludziach) nie można zdobyć, ot tak, prawda?

Technologia rusza do przodu, dostosowując się do trendu indywidualizmu. Jak inaczej firmy mogłyby oferować zindywidualizowane usługi, jeśli nie posiadałyby odpowiedniej dozy wiedzy o konsumencie. A także o potencjalnych konsumentach. W sumie wiedzy nigdy nie za dużo, nie? Ale skąd ją brać? Książki to przecież już przeżytek (żartuję). Na szczęście wraz z  indywidualizmem idzie kolejny trend - ekspansja "ekshibicjonizmu" w mediach społecznych. Ludzie dzielą się wszystkim, najbardziej wrażliwymi danymi, których próżno nawet dochodzić w ankietach i sondażach. W dodatku wszędobylskie ciasteczka i z pobłażliwością odhaczane zgody na przetwarzanie danych osobowych przez strony/programy/aplikacje. I oto mamy, podane na talerzu, big data. Zatem mamy kolejną kwestie ochrony danych osobowych, które wielkie firmy gromadzą o nas samych bez naszej (świadomej) zgody.

Gówno cię obchodzi, co oni o tobie wiedzą albo do czego wykorzystują te wiedzę! Ale bieda, jeśli coś się stanie! Wtedy zaczynasz lamentować! "Jak to się mogło wydarzyć? Dlaczego im tyle wolno? Nie zdawałem sobie sprawy!" Nieprawda! Ty po prostu nie chciałeś tego wiedzieć! Dopóki koncerny internetowe oferują ci jakieś śmieszne przywileje, nie odpuścisz. Najważniejsze, żeby było wygodnie.
Autor w jednej powieści podejmuje kilka ważnych spraw: granic prywatności, bezpieczeństwa w sieci, ochrony danych osobowych, jak również monetyzacji danych, kierunku rozwoju nowoczesnych technologii i coraz większego uzależnienie się od nich młodych pokoleń.

Elsberg nie zawodzi, od pierwszej strony zrzuca na czytelnika bombę i prowadzi go jak na smyczy przez kolejne rozdziały. Autor objaśnia zjawiska, procesy w sposób ciekawy i zrozumiały (nie mylić z łopatologicznym), wplatając wyjaśnienia w naturalny ton konwersacji. Wszystko to w tle trzymające w napięciu fabuły z zwodniczymi zwrotami akcji.

Wydarzenia są opisywane z kilku perspektyw:  mamy dziennikarkę, mieszkankę Londynu, (co w sumie nie jest dziwne, zważywszy na to, że autor sam pracował w tym fachu); sztab kryzysowy instytucji rządowych (tym razem rząd amerykański); zarząd firmy, która odpowiada za kryzys (aplikacja Freemee); kilku cywili (w tym wypadku córkę dziennikarki i jej kolegów) i oczywiście samego  antagonistę (grupę cyberprzestępczą). Użyto przystępnego języka i nawet dla technologicznego laika powinien być zrozumiały. Dialogi świetnie skonstruowane - najbardziej podobały mi się rozmowy głównej bohaterki z jej kolegą z redakcji z działu techniki, który dzielił się ciekawostkami np. o creepiness effect (efekt niesamowitości). Ciekawe, wciągające ORAZ pouczające? Nic, tylko brać w ciemno!


Książki Elsberga są dopracowane do ostatniego szlifu. Rzetelny research, wciągająca fabuła, liczne zwroty akcji, dbałość o realizm, pełnowymiarowe postaci... mam wyliczać dalej? Do tego "Zero" potrafi człowieka wręcz ZMUSIĆ do myślenia i do zastanowienia się następnym razem, gdy będzie chciało się kliknąć "udostępnij".


Zero
Marc Elsberg
org. Zero
WAB, 2016, 487 stron

Moja ocena:

0 komentarzy: